Z osobą i twórczością śp. Stanisława Barańczaka kojarzę nade wszystko moment początkowy poetyckiego i etycznego wtajemniczenia; sama okoliczność dowodzi pomysłowości niewybrednego losu. Działo się w miejscu i czasie ważnym: Pałac Młodzieży, przednówek AD 1983. Obawiam się, że stać mnie jedynie na odtworzenie atmosfery, przybliżenie klimatu. W Klubie Literackim, w którym zaistniałem w drugiej połowie września 1982 roku, trudniliśmy się wynoszeniem tego, co jest ponad to, co być powinno, testowaniem świeżości ran, zachłystywaniem się urodą świeżych blizn, czytaniem, tworzeniem kręgu, podtrzymywaniem wspólnoty, rachunkami sumienia, określaniem się. Towarzyszeniem sobie. Gdy przyjechał do Katowic jakiś poeta, powiedzmy z Krakowa, Warszawy czy Łodzi swoje kroki kierował dokąd? Naturalnie na Mikołowską, na piętro pierwsze, do sali nr 28. Nie, nie myśl, że z powierzchownego wyliczenia wykluczyłem gwiazdorów z Poznania. Pominąłem,  nie wiem dlaczego poetów katowickich, a mielibyśmy – nie powiem – kogo gościć, bo środowisko literackie Górnego Śląska tętniło, rosło. Gdyby chcieć połowę zaprosić, nie starczyłoby rubryk w kalendarzu, pomijając środki na cienkie, przezroczyste prawie honoraria. Uczestnicy, nie mówmy: „członkowie” Klubu Literackiego stanowili niezawodne i przewdzięczne audytorium; elokwentni uczestnicy debat, wypróbowani słuchacze, spragnieni konkretu uciekinierzy ze szkolnych i domowych utopii. Wobec takiej obfitości przeżywali półprywatne święto i Ernest Bryll, i Tadeusz Śliwiak, i Maciej M. Szczawiński, i Andrzej Szuba, i Michał Sprusiński. Czy kogoś pominąłem? Podpowiesz, że Barańczaka. Hmm. Ma się rozumieć, że Barańczaka, choć był najmniej dwa razy w Katowicach, nie miałem okazji spotkać. Z jakiego zatem względu łączę go z wyliczonym przed chwilą gronem? Wyłuszczyłem powód w drugim zdaniu. Nie pamiętam szczegółów, to znaczy pamiętam je zbyt dobrze, pamiętam, że przysłoniły ogół i współrzędne. Nie mogę pamiętać, z jakiej okazji, z wielkim trudem uzmysławiam sobie intencję naszej najwspanialszej Opiekunki. Myślę, że nie patronowała temu żadna specyficzna potrzeba, odczytanych za chwilę wierszy nie zapowiadał ani program, ani konspekt. A może odbyło się to wszystko w ramach akcji: nie znacie, to posłuchacie lub: przeczytam coś, co mnie ujęło, co pozwoliło mi dnia nie spisywać na straty. Pamiętam uśmiech Igi, przepiękne odczytania, stan zauroczenia, który stopniowo udzielał się zebranym. Jeśli ktoś potrzebowałby wzorca idealnej lekcji – natenczas go precyzuję. Dobry tekst, przekonany nauczyciel, wdzięczy słuchacz i konieczność wystąpienia zagadkowej, oswojonej synergii… I teraz nie wiem, czy to spotkanie z wierszami Barańczaka – pierwsze, czyste, najważniejsze – było tylko moim przeżyciem, czy ktoś pamięta tę chwilę, te okoliczności, przeżycia…?? Nawet jeśli byłeś wówczas wśród nas, ale spraw prywatnych rozłogi sprawiły, że tylko ciałem, nie martw się… przypomnę. Nade wszystko naturalny, odkrywczy, promienny uśmiech Igi, uśmiech kogoś, kto trafił na banknot o wysokim nominale i kto właśnie na dowód znalezienia eksponuje odcisk roztargnionego buta. Taki właśnie wrażenie robiła na mnie okładka tomu „Wierszy prawie zebranych” opublikowanych przez Niezależną Oficynę Wydawniczą Nowa w 1981 roku. Blask dawnej świeżości oddalił się, wyparował. Daję głowę, że teraz opalcowany, wertowany przez trzydzieści lat egzemplarz szczególnego wrażenia by nie zrobił. Jedynie na kolekcjonerze –  miłośniku tajnych powielarni i introligatorni. Teraz znajdziemy wszystko – albo na wyciągniecie ręki, albo na wyciągnięcie nogi. Właśnie: lewa stopa w opatrunku gipsowym i w lewej dłoni laska, a nieco wyżej kontrastujący z nimi uśmiech… starszego pana. Żaden wizerunek inny tego portretu nie zatrze. Przeglądając po latach zdjęcia Poety rozproszone w publikacjach wspomnieniowych i opracowaniach, odkryłem bardzo podobny kadr. Przedstawiał on Poetę wychodzącego z oddziału urazowego poznańskiego szpitala. Początkowo z zazdrością, następnie z pełnym wyrozumiałości i uznania podziwem konstatowałem, że otoczony być musi stale kordonem przyjaciół, osób, wobec których i on jest częścią kordonu, obstawy, bo nawet w dniu wypisu się fatygowali. Ewentualny nadmiar, należne i gromkie: hip – hip wydobyć by z gardeł mogliby jedynie najbliżsi pana Stanisława, nade wszystko ukochana Ania rozważająca wszystko w sercu. Żona zatem, chcąc utrwalić moment towarzyszący rozważaniom granicznym – westchnęła: „uśmiech – Stasiu” i wyzwoliła migawkę. A nas na krótko przeszył dreszcz, bo przecież ten stan (ból stopy) i rozbrajający uśmiech należą do rozbieżnych porządków.

Ta postać ze zdjęcia to autor wierszy. Odkryciu temu towarzyszyło dziwne poruszenie:

 

 

Skoro już musisz krzyczeć, rób to cicho

(ściany mają uszy),

skoro już musisz kochać, zgaś światło

(sąsiad ma lornetkę),

skoro już musisz mieszkać, nie zamykaj drzwi

(władza ma nakaz),

skoro już musisz cierpieć, rób to we własnym domu

(życie ma swoje prawa),

skoro już musisz żyć, ogranicz się we wszystkim

(wszystko ma swoje granice)

 

To było jak przemarsz mrówek po pacierzu: skoro już musisz krzyczeć (a krzyczałem już wtedy, krzyczałem). Dobra rada niczym kruszejący amalgamat rozszerzył niespodziewanie pola sensów bliskich i latyfundia odległych przesłań. Nikt w ten sposób do mnie się nie zwracał, nikt tak, żeby na zewnątrz, ściślej w warstwie brzmień, znaczeń zaskakiwać ekwiwalencją codzienności, a w sugestiach odniesień atakować imiennie fortece absurdu, obłędne przekonanie, że władza (mając nakaz) ma również klucz do języka i świadomość sposobów zaklinania rzeczywistości. Ten wiersz wyjawia, że jest odwrotnie, ponieważ człowiek umocniony radą, domagając się uznania godności, rozszerza obszary duchowej swobody i porządkuje sprawy według paradygmatu przewyższającego rozsądek poetyckiej konstrukcji. Zdania niczym pyknięcia, bez wdawania się w analizę zawiłego mechanizmu odnawiania niezależności.

A po tym utworze Iga odczytała wiersz o porcelanie.

mgr Grzegorz Hajkowski