Tydzień Języków Obcych

0
61

Przeżywamy aktualnie: Tydzień Języków Obcych. To moment specyficzny, odpowiednik dawnego akcentu, spadkobierca słynnego iloczasu, wywołujący potrzebę zatrzymania się i krótkiego postoju. Nie powinien oznaczać bezczynności, gapowego czy innych przejawów pomniejszonej świadomości. Akcent wywołuje konieczność zwrócenia uwagi, stanowi odpowiednik naturalnego podkreślenia. Języki obce. Właśnie, komu obce, w jakim stopniu, czy wszystkim, czy każdemu? Pytania ważne, bardzo ważne. Spojrzenie za siebie, rozglądanie się wokół skutkowało zwykle bezwarunkowym podziwem, momentami zachwytem i stanem trwałej radości. Nie zapomnę rozmowy z „bratankiem” pytającym mnie niegdyś w Chorwacji o drogę. Słysząc, jak staram się powiedzieć coś w jego języku pierwszym, zaoferował mi udział w obfitym obiedzie ze sztufadą i bukietem soczystych warzyw. Albo pamiętna rozmowa z Milanem spod Ostrawy, słynna wariacja bez możliwości powtórzenia, w której chodziło o to, żeby wrzucić cokolwiek na ząb. Spojrzenia zgromadzonych wokół nas Norwidów i Reymontów obezwładniały urodą starego odwiertu. Blaty stołów, przy których się jadło, polerowano sporadycznie. W kłębach papierosowego dymu dokazywały smugi znad talerzy z bigosem lub pomidorową. W takich warunkach debiutowałem w roli tłumacza. Starszy o dwa pokolenia Milan był po prostu głodny, a ja bez słusznej obstawy progu baru „Mazur” bym raczej nie przekroczył. Milan z obawy przed kompromitacją przy okienku z napisem: Wydawka, udzielił mi szerokiego pełnomocnictwa. Na początku drogi wszelkie pogaduchy z „obcymi” prowadziły do kuchni lub zastawionego stołu. Pogadać specjalnie – nie pogadasz, ale żyć będziesz, bo z głodu nie umrzesz. I jeszcze jedno zasadnicze zdziwienie: na jedno i to samo tak wiele nazw. Jak to możliwe? – pytałem w uniesieniu i na osobności. Obcość w latach socjalizmu dyndającego na cienkiej nitce była – niczym artefakt dóbr bez koncesji – szczególnie podejrzana. Wychowywano nas tak, żebyśmy się w miarę trzymali razem, nie rozpraszali się, nie zaszywali, nie leźli, gdzie oko dojrzy i nogi poniosą. Tymczasem nie pamiętam wieczoru bez wertowania albumu – galerii najwspanialszego malarstwa, czyli podręcznego atlasu świata. Żeby się kompletnie nie rozpadł zanieśliśmy go kiedyś do introligatora, tego samego, do którego trafi po latach pierwsza cudem zdobyta książka z wierszami Czesława Miłosza. Wertowanie atlasu coś musiało oznaczać, jeszcze wtedy nie mogłem wiedzieć, ku czemu zmierzało, zapewne wyrywała mnie z demoludycznej drzemki wiecznie młoda i przeważnie elokwentna muza dalekich podróży. Lata przed maturą szczyciłem się dokładnym opalcowaniem prawie całej Europy i sporych obszarów obu Ameryk. Komu przeszkadzał fakt cudzego podróżowania, rozjeżdżania się po świecie… Pytanie formułuje wobec nieobecności głównego winowajcy. Nie bójcie się języków, nie bójcie się rozmawiać, przełamywać barier, wychodzić na spotkanie. Podobno skuteczna znajomość trzech tysięcy niezbędnych wyrazów powala rozwinąć narrację i cwaniaczkom, i filozofom. Z okazji Tygodnia Języków Obcych wypada wydobyć jeszcze jeden zajmujący aspekt; chciałbym mianowicie pochylić się nad przekładem – nad samym zjawiskiem oraz efektami praktyk i tradycji, którymi szczycą się wydawcy poezji autorów obcych. Poezję, to chyba żadna tajemnica, przekłada się z największym trudem. Tłumacz oddaje nie tylko słowa, ale coś więcej niż samą ich literalność. Jeśli zlecimy usługę wujkowi google, otrzymamy rezultat niewykraczający poza algorytm semantycznej zgodności. To ograniczenie sprawia, że urządzenie sztucznie inteligentne wyższych kompetencji nie ogarnia. Poezje powinien przekładać człowiek, najlepiej poeta, szczególnie taki, który się nie zraża trudnościami, który nie rezygnuje na widok spiętrzonych problemów, który chce się uczyć. Mam świadomość, że wyczuwasz intencję przedstawionej uwagi. W poezji raczej nie chodzi o „co”, zdecydowanie bardziej chodzi o „jak”. Na wydobywaniu „jakości” zależy także tłumaczom. W publikowaniu poezji stworzonych w językach obcych kultywuje się u nas tradycję zamieszczania przekładu w sąsiedztwie oryginału. Na parzystej stronie znajdziemy tekst autora, na nieparzystej (sąsiedniej) propozycję tłumacza. Zwyczaj ten praktykują świadomi i odważni wydawcy. Tego rodzaju projekt stanowi odpowiednik przedsięwzięć najwyższej klasy. Żadną tajemnicą jest, że w finansowanie tego rodzaju inicjatyw angażują się ambasady i konsulaty krajów pochodzenia autora. Wśród najlepszych oficyn specjalizujących się w publikowaniu poezji na wyróżnienie zasługuje Wydawnictwo Literackie oraz Zakład Narodowy im. Ossolińskich (Ossolineum), a także Państwowy Instytut Wydawniczy. Do tradycji publikowania oryginału i tłumaczenia nawiązują gdańskie Terytoria, wydawca świeżo przeze mnie zamówionej pozycji: „Mizantrop na Capri”. Jej autor – Durs Grünbein  otrzymał niedawno nagrodę im. Zbigniewa Herberta. Wiersze opublikowane w 2012 roku w serii Europejski Poeta Wolności mistrzowsko przełożył prof. Andrzej Kopacki. Czytelnik konfrontujący na bieżąco  tłumaczenia z oryginałem funkcjonuje w kręgu doświadczeń absolutnie bezcennych. Polecam!